Po roku spędzonym w Khobar przyszedł czas na przeprowadzkę. Nowe zadania zawodowe, nowe miasto, nowy etap. Wracaliśmy do Arabii Saudyjskiej, ale tym razem do samego serca kraju – do Rijadu. Zanim jednak znów postawiliśmy stopy na saudyjskiej ziemi, musieliśmy – jak wcześniej – wszystko dobrze zaplanować.
I ponownie… mąż poleciał pierwszy. Chciał przygotować mieszkanie, załatwić formalności, zobaczyć, co nas czeka. My – ja i dwójka dzieci – mieliśmy do niego dołączyć. Wszystko miało pójść gładko. W końcu nie była to nasza pierwsza podróż w te regiony. Mieliśmy doświadczenie, wiedzieliśmy, czego się spodziewać. A jednak… los miał inne plany.
Tym razem lecieliśmy do Bahrajnu, gdzie czekać miał na nas mój mąż. Lot przebiegł spokojnie. Dzieci zmęczone, ja pełna napięcia – ale zdeterminowana. Po wylądowaniu poszliśmy do okienka kontroli paszportowej. Podałam dokumenty: swoje i dzieci. Strażnik spojrzał, coś wpisał w komputerze, po czym… oddał mi tylko paszport młodszego syna. Kazali nam usiąść i czekać. Żadnych wyjaśnień. Żadnego spojrzenia. Po prostu: please wait.
Siedzieliśmy w dusznej poczekalni, a czas zaczął się rozciągać jak guma. Młodszy syn płakał, bo chciało mu się pić. Starszy – bo obiecałam mu, że już za chwilę zobaczy się z tatą, a nic się nie działo. A ja… umierałam ze strachu. Serce waliło mi jak młotem, dłonie miałam lodowate. Nie wiedziałam, co się dzieje, co nas czeka. Czy nas deportują? Czy czegoś brakuje w dokumentach? Czy to tylko zwykła kontrola?
W końcu zebrałam się na odwagę. Podeszłam do strażnika i zapytałam, czy mogę wiedzieć, o co chodzi. Odpowiedź była sucha: please wait a little more. I znów cisza. Minuty zamieniły się w godzinę.
Wreszcie, jakby nigdy nic, wrócili z naszymi paszportami. You can go now. Bez słowa wyjaśnienia. Oddychając z ulgą, spakowałam dzieci, wyszliśmy z budynku i przekroczyliśmy granicę. Mąż już na nas czekał. Dzieci rzuciły mu się w ramiona, a ja dopiero wtedy poczułam, że jestem bezpieczna.
Rijad – serce pustyni, które nigdy nie śpi. Pierwsze wrażenie? Ogrom
Pierwsze wrażenie? Ogrom. Rijad się nie kończy. Beton, szkło i asfalt aż po horyzont. Metropolia otoczona pustynnymi wzgórzami, gdzie wszystko jest monumentalne: drogi, ronda, centra handlowe, biurowce. I gdzie niemal wszystko działa 24 godziny na dobę – nie z powodu nieustannego pośpiechu, ale dlatego, że rytmem miasta rządzi pogoda. Gdy słońce pali niemiłosiernie, życie zaczyna się po zmroku.
Sercem metropolii jest Kingdom Centre – wysoki na 302 metry wieżowiec z charakterystycznym łukiem. Na jego szczycie znajduje się przeszklony Sky Bridge, z którego widać całą rozświetloną stolicę. Wrażenie robi szczególnie nocą. Światła Rijadu ciągną się wtedy aż po pustynię. Sam budynek mieści luksusowe sklepy, hotele i restauracje.
Obok wyrastają inne kolosy: Al Faisaliah Tower, przypominająca igłę z kulą na szczycie oraz nowoczesne Olaya Tower, a także pojawiające się jak grzyby po deszczu kolejne szklane wieżowce. W pobliżu znajdziemy również The Boulevard Riyadh City – jedno z najmodniejszych miejsc w mieście, gdzie odbywają się koncerty, pokazy świetlne, eventy kulinarne i festiwale w stylu zachodnim. To wszystko jeszcze dziesięć lat temu byłoby nie do pomyślenia.
Rijad to miasto pełne kontrastów. Wystarczy skręcić w boczną uliczkę, by znaleźć się w innym świecie. Obok nowoczesnych dzielnic są stare souki. Jednym z moich ulubionych miejsc był Souq Al Zal – targ jak z innej epoki. Pachniało tam kadzidłem, szafranem oraz świeżo parzoną arabską kawą. Sprzedawcy nawoływali po arabsku i angielsku, a między alejkami przemykali chłopcy z tacami herbaty.
Można tam było znaleźć ręcznie tkane dywany, haftowane abaje, tradycyjne bransolety z 22-karatowego złota, przyprawy w workach, a nawet stare monety. W niektórych zakamarkach kobiety przymierzały nikaby i hidżaby w kolorach, które nie trafiały na ulice – ciemny granat, bordo, butelkowa zieleń. W innych – mężczyźni mierzyli białe thoby i czerwono-białe arafatki.
Co ciekawe, targ był pełen ekspatów. To tu znajdowały się najlepsze zakłady krawieckie, warsztaty, w których można było kupić prawdziwe oud i małe sklepy z miedzianymi lampami oraz rzeźbionymi meblami.
Rijad nie jest miastem, które odsłania się od razu. Trzeba się w nim trochę zgubić, zejść z głównych alei, dać się prowadzić zapachowi przypraw i śpiewowi muezina. Wtedy dopiero można poczuć, że pod tą nowoczesną fasadą wciąż tętni życie tradycyjne, pełne gestów, barw, opowieści.

Pikniki pod palmami i place zabaw jak z marzeń. Tak w Arabii Saudyjskiej spędza się czas wolny
Czas wolny spędzaliśmy najczęściej w parkach. I tu muszę przyznać – Rijad naprawdę mnie zaskoczył. Mimo upałów, mimo betonu, korków i ulicznego chaosu, w mieście nie brakuje zielonych przestrzeni, które przypominają o tym, że ludzie tu naprawdę potrzebują odpoczynku.
Najbardziej zapamiętałam King Abdullah Park – ogromny ogród w centrum miasta, z wielkimi trawnikami, fontannami tańczącymi w rytm muzyki, palmami, jeziorami i placami zabaw, które wyglądają jak małe królestwa z dziecięcej wyobraźni. Wieczorami robi się gwarno, radośnie. Ściągają tu całe rodziny, przynosząc ze sobą torby, stoliki, koce i składane krzesełka. Wyciągają termosy z herbatą z kardamonem, słodkie ciastka, zupy w pojemnikach, a także plastikowe grille na węgiel drzewny.
Na trawie leżą dzieci, babcie, ojcowie w śnieżnobiałych thobach i mamy w kolorowych abajach, które coraz częściej bardziej przypominają modne płaszcze z butików niż tradycyjne okrycia. Wokół rozstawiają się dmuchańce, karuzele i stoiska z watą cukrową albo popcornem. Sprzedawcy jeżdżą wózkami, w których sprzedają małe zabawki i świecące balony.
W takich chwilach czułam, że jesteśmy tu mile widziani, mimo że należymy do zupełnie innego świata. Dzieci z łatwością łamały wszelkie bariery – bawiły się razem bez względu na język czy kolor skóry. A ja siedziałam na kocu, patrzyłam na nie i myślałam: może to właśnie tutaj, w saudyjskim parku, świat jest trochę prostszy, niż się wydaje z daleka.
Zoo w Rijadzie – niespodziewana oaza. To miejsce naprawdę zaskakuje
Jednym z większych zaskoczeń było dla mnie Riyadh Zoo. Szczerze mówiąc, spodziewałam się raczej pustynnego mini ogrodu zoologicznego – kilku klatek, może wielbłądów i paru ptaków. Tymczasem trafiliśmy do miejsca, które śmiało mogłoby konkurować z podobnymi tego typu w Europie. To naprawdę duży, dobrze zorganizowany teren, pełen zieleni, zadrzewionych alejek, fontann oraz miejsc do odpoczynku. Leży w dzielnicy Al Malaz, stosunkowo blisko centrum, gdzie łatwo dojechać. Wchodząc na teren ogrodu, od razu słychać śmiech dzieci, szum wody i śpiew ptaków. Atmosfera jest rodzinna. Mimo że odwiedza je sporo ludzi, nie ma tłoku.
Zwierząt jest naprawdę dużo – więcej niż się spodziewaliśmy. Żyrafy, zebry, słonie, gazele, lwy, niedźwiedzie, a nawet białe tygrysy, które zrobiły największe wrażenie na naszych maluchach. Są też pawie, małpy, flamingi i egzotyczne ptaki w dużej, półotwartej wolierze. Wszystko dobrze utrzymane, czyste, z wyraźnymi tabliczkami i zacienionymi miejscami do obserwacji. To, co mnie najbardziej ujęło, to fakt, że między alejkami można było usiąść w cieniu drzew, napić się świeżo wyciskanego soku, kupić lody albo ciepłe sajgonki z małego stoiska z jedzeniem.
Dla mnie to miejsce było jak chwila normalności – coś znajomego, co przypominało o europejskich spacerach z dziećmi. A jednocześnie coś bardzo „saudyjskiego” – z tą wyjątkową atmosferą rodzinnej bliskości, cierpliwości i gościnności.
Zoo w Rijadzie okazało się czymś więcej niż tylko atrakcją turystyczną. Było małą oazą w środku pustyni. Miejscem, gdzie można na chwilę zapomnieć o zasadach, temperaturach, różnicach kulturowych i po prostu być – mamą z dziećmi, kobietą na spacerze, człowiekiem szukającym cienia i wytchnienia.

Arabia Saudyjska – kraj, który się zmienia. Z jednej strony głęboko religijny, a z drugiej głodny zmian
Im dłużej tam mieszkałam, tym bardziej rozumiałam, że Arabia Saudyjska to kraj w ciągłym ruchu. Z jednej strony głęboko religijny, zakorzeniony w tradycji, z meczetami w każdym zakątku i życiem wyznaczanym przez modlitwy. Z drugiej – głodny zmian, nowoczesności, rozwoju. To osobliwa mieszanka sacrum i współczesności, w której jeden krok do przodu potrafi sąsiadować z dziesięcioma krokami wstecz.
To państwo, które powstało dopiero w 1932 roku, ale korzenie ma o wiele starsze – sięgające czasów proroka Mahometa. To tu znajdują się Mekka i Medyna – dwa najświętsze miasta islamu. Religia nie jest tylko elementem życia. Ona jest życiem. Prawem, rytuałem, przestrzenią i granicą. Ale jednocześnie tuż obok tej duchowości widać ambicję, która sięga znacznie dalej niż minarety.
Nie da się zrozumieć współczesnej Arabii Saudyjskiej bez wspomnienia księcia Muhammada ibn Salmana (MBS) – następcy tronu i twarzy rewolucji, którą nazwano „Vision 2030”. To plan, który ma całkowicie przebudować kraj – od gospodarki, aż po mentalność.
To dzięki Muhammadowi ibn Salmanowi kobiety mogą dziś prowadzić samochody, co jeszcze kilka lat temu było absolutnie nie do pomyślenia. To dzięki niemu otwierają się kina, organizowane są koncerty, powstają muzea i centra sztuki współczesnej, a turystyka zaczyna być jednym z głównych filarów rozwoju. Kiedyś Arabia Saudyjska była zamknięta na świat. Dziś zostawia przed nim otwarte drzwi – choć nadal kontrolując przy wejściu. Reformy to nie tylko PR. W Rijadzie i innych miastach powstają nowe szkoły, uczelnie techniczne, inkubatory start-upów. Saudyjczycy kształcą się za granicą, wracają i chcą zmieniać swój kraj od środka. Kobiety coraz częściej pracują – w bankach, urzędach, gastronomii, sektorze IT.
Jednocześnie wciąż czuć, że to kraj przejściowy. Nie wszystkie zmiany zachodzą równomiernie. W Rijadzie – pełna otwartość, w Nedżadzie czy na prowincji – wciąż restrykcje, sztywne zasady i życie zgodne z najstarszymi wzorcami. Zdarzało mi się rozmawiać z Saudyjkami, które z dumą opowiadały o nowych możliwościach, ale przyznawały, że niektóre rzeczy w ich rodzinach wciąż są „nie do ruszenia”.
Arabia Saudyjska to krajobraz mentalnych szwów – coś się zrywa, coś się zszywa, coś jeszcze trzyma jak kiedyś. I to właśnie czyni ten kraj tak fascynującym. Z perspektywy Europejki – chwilami trudnym, niezrozumiałym, ale nigdy nudnym.
Czy chciałabym wrócić do Arabii Saudyjskiej za dziesięć lat? Zdecydowanie tak. Bo mam przeczucie, że wtedy to będzie już zupełnie inny kraj.
Granice, których nie wolno przekraczać. Tak było przynajmniej kilkanaście lat temu…
Kilkanaście lat temu codzienność w Arabii Saudyjskiej miała swoje ograniczenia. W naszym hotelu nie wolno mi było na przykład korzystać z siłowni, chyba że… o szóstej rano, zanim jeszcze oficjalnie otworzono strefę fitness. Byłam jedyną kobietą o tej porze. Wchodząc, czułam się jak intruz. Ochroniarz kiwał głową, że mogę, ale za każdym razem przypominał: tylko do siódmej. Potem wchodzili już panowie.
To był jeden z tych momentów, gdy czułam, że choć Arabia Saudyjska się zmienia, nie wszystko luzuje się od razu. Wciąż były granice. Niewidoczne, ale bardzo realne.
Był też drugi biegun tej rzeczywistości – gościnność. Mąż pracował z Saudyjczykami, którzy często – naprawdę często – odwiedzali nas w domu. Bez zapowiedzi. Wpadali po pracy, czasem z torbą daktyli, a czasem z termosikiem z arabską kawą.
Pierwsze odwiedziny były dla mnie lekkim szokiem. Zdarzało się, że byłam w szortach, bez abaji, z rozczochranymi włosami i dziećmi w piżamach. A oni… zachowywali się, jakby to było najzupełniej normalne. Witali się uprzejmie, siadali w salonie, rozmawiali z mężem. Mnie traktowali z ogromnym szacunkiem – choć na ulicy w tym samym stroju nikt nie pozwoliłby mi się pokazać.
To właśnie wtedy zrozumiałam, że życie publiczne i prywatne w Arabii Saudyjskiej to dwa różne światy. Na zewnątrz obowiązuje pewien kod. W domu – liczy się relacja, szacunek i serdeczność.

Miasto przyszłości – futurystyczna wizja. Projekt, który dla wielu brzmi jak bajka
W mediach mówi się o nim coraz częściej – NEOM, megamiasto przyszłości, które ma powstać od zera na północno-zachodnim krańcu Arabii Saudyjskiej, tuż nad Morzem Czerwonym. Projekt ten dla wielu brzmi jak bajka z gatunku science fiction, ale powstaje naprawdę – z budżetem liczonym w setkach miliardów dolarów. Metropolia ma stać się symbolem nowej epoki.
NEOM ma działać jak osobne państwo – z własnym prawem, administracją i gospodarką, niezależnymi od tradycyjnych struktur. W centrum projektu powstaje The Line – futurystyczna metropolia o długości 170 kilometrów i szerokości zaledwie 200 metrów. Miasto ma być całkowicie wolne od samochodów i dróg, zasilane wyłącznie energią odnawialną. Wypełnią je ogrody i systemy sztucznej inteligencji, które będą wspierać codzienne życie mieszkańców. Obok znajdą się luksusowe kurorty, laboratoria badawcze, strefy innowacji, a nawet sztuczny księżyc rozświetlający pustynne noce.
Brzmi jak marzenie? Owszem, ale Arabia Saudyjska naprawdę buduje to miasto z rozmachem, na który niewiele państw stać. To część większego planu Vision 2030, mającego uniezależnić kraj od ropy i uczynić go centrum innowacji, technologii i turystyki.
W Rijadzie zmiany już widać. Miasto rozrasta się w niewiarygodnym tempie. Powstają nowe dzielnice mieszkaniowe, centra biznesowe, galerie sztuki i muzea. Zakończyła się budowa nowoczesnego metra, które połączyło odległe dzielnice i rozładowało korki, będące tu codziennością. Realizowany jest też projektu Diriyah Gate – gigantyczne przedsięwzięcie urbanistyczno-kulturalne, mające tchnąć nowe życie w historyczną dzielnicę Ad-Dirijja. Miejsce to ma stać się symbolem połączenia tradycji i nowoczesności – z muzeami, luksusowymi butikowymi hotelami, restauracjami i centrami kultury, zaprojektowanymi w duchu tradycyjnej architektury Nadżdu.
Miasto tętni życiem. Codziennie gdzieś słychać młoty pneumatyczne i koparki. Powstają nowe fundamenty. Na billboardach uśmiechnięci Saudyjczycy w eleganckich strojach zapraszają do „nowej Arabii” – otwartej, nowoczesnej, pełnej możliwości.
Jeszcze nie wszystko działa. Metro ma opóźnienia, niektóre inwestycje wciąż są tylko w fazie makiet, a urzędowe procedury nadal potrafią zaskoczyć chaosem. Ale mimo to tempo, w jakim kraj się przekształca, robi ogromne wrażenie. Jeszcze kilka lat temu nikt nie wierzył, że w tym państwie będą organizowane koncerty czy pokazy mody. Dziś bilety rozchodzą się w kilka minut, a Rijad z miasta zamkniętego i surowego zaczyna stawać się miejscem, do którego chce się wracać.
To nie jest jeszcze Dubaj. Ale to już nie ta sama Arabia Saudyjska, co kiedyś.
Rijad w pamięci
Rijad zostawił we mnie ślad. Inny niż Khobar. To było bardziej wymagające, bardziej formalne, ale też głębsze doświadczenie. Zobaczyłam kraj w transformacji. Przemianę, która dzieje się na moich oczach – w centrach handlowych, w parkach, w rozmowach z ludźmi.
To nie była turystyczna przygoda. To było życie – z całym jego ciężarem, ale też z momentami zdziwienia, radości i zaskakującej bliskości w miejscu, które na początku wydawało się tak dalekie.
Przy okazji polecamy zapoznać się z artykułami:
- Betlejem – miejsce narodzenia Jezusa
- Kuwejt – rok w kraju, który zmienił moje spojrzenie na życie (część I)
- Kuwejt – rok w kraju, który zmienił moje spojrzenie na życie (część II)
- Holandia, która zaskakuje. Alkmaar i Delft – dwa niezwykłe miejsca urzekające turystów
- Keukenhof i Volendam. Holandia, którą trzeba zobaczyć i poczuć
- Sumeryjskie miasto Ur – miejsce pochodzenia Abrahama
- Jaja dinozaurów świadczą o potopie
© Źródło zdjęcia głównego: Canva.


