Nigdy już chyba nie zapomnę dnia, w którym mój mąż dostał propozycję pracy w Arabii Saudyjskiej. Siedziałam wtedy przy kuchennym stole w naszym mieszkaniu w Częstochowie. Czułam w sobie mieszankę strachu i ciekawości. To miało być moje drugie podejście do życia w kraju typowo muzułmańskim. Pierwsze, w Kuwejcie, nie skończyło się najlepiej. Wróciliśmy stamtąd szybciej niż planowaliśmy, z bagażem mieszanych emocji i pewnego zmęczenia.
Arabia Saudyjska wydawała się jeszcze bardziej restrykcyjna. Zdawałam sobie sprawę z faktu, że obowiązują tam surowsze zasady. Z drugiej strony… tym razem mniej więcej wiedziałam, na co się piszę i co może tam na mnie czekać.
To druga część mojego reportażu o Khobar. W pierwszej opisałam start: decyzję o wyjeździe, wizę, abaję, pierwsze spacery po Corniche i codzienność w centrach handlowych. Teraz czas na zasady, religię, klimat i garść konkretów.
Zasady, które trzeba znać… i których trzeba przestrzegać. Kultura, religia i tradycja
Najtrudniejsze dla mnie było to, że w Arabii Saudyjskiej nie wolno swobodnie rozmawiać z obcymi mężczyznami. Kobieta, nawet cudzoziemka, powinna unikać wdawania się w konwersację z mężczyznami, którzy nie należą do jej rodziny. Takie są zasady kulturowe, wynikające z religii i tradycji. Dla Saudyjek to oczywiste. Dla mnie – ogromnie trudne.
A tymczasem… życie miało swoje scenariusze. Ojcowie na placach zabaw często podchodzili, zagadywali, pytali o dzieci. Czy to mój syn? Ile ma lat? Skąd jesteśmy? Łączyły nas nasze pociechy. To był naturalny temat, który przełamywał lody. I choć rozmowy zwykle były krótkie i uprzejme, ja nigdy nie wiedziałam, jak się zachować. Odpowiadać, czy lepiej milczeć? Uśmiechnąć się, czy udawać, że nie rozumiem? W europejskiej kulturze to normalne wymienić kilka zdań z kimś obcym. Tam czułam, że każdy taki kontakt to trochę balansowanie na granicy tego, co wypada. Zwykle wolałam, żeby mąż był w pobliżu i to on rozmawiał. Wtedy czułam się bezpieczniej.
To była jedna z największych barier psychicznych, jaką musiałam w sobie pokonać. Czasem wystarczył jeden życzliwy gest – kiedy Saudyjczyk uśmiechał się i pytał, czy dzieciom nie jest gorąco, czy dobrze się bawią – a ja miałam wrażenie, że wchodzę na teren, na którym nie powinnam być. To uczucie, którego nie zapomnę.
Podziały widać było także w restauracjach. Jeszcze kilka lat temu lokale miały dwie strefy: rodzinną i tylko dla mężczyzn. Kobieta nie mogła wejść do strefy męskiej – to było nie do pomyślenia. W części rodzinnej często znajdowały się oddzielne boksy, zasłonięte zasłonkami, żeby obcy mężczyźni nie widzieli kobiet jedzących posiłek. Niektóre restauracje miały nawet tabliczki w języku arabskim i angielskim: „Family Section” – „Men Only Section”.
Pamiętam, jak poszliśmy kiedyś z mężem i dziećmi na obiad do restauracji. Kelner od razu zaprowadził nas do boksu z zasłonkami. Z jednej strony czułam się tam jak w prywatnym pokoju. Z drugiej – dziwnie, bo to oznaczało, że kobiety nie powinny być widziane publicznie, nawet przy jedzeniu. Zasłonki często były ciężkie, aksamitne, w ciemnych kolorach.
Teraz sytuacja się zmienia. W wielu nowych restauracjach nie ma już podziału na sekcje. Wchodzisz do lokalu, zajmujesz miejsce, gdzie chcesz, zamawiasz i czekasz na posiłek. Kobiety mogą pracować w gastronomii, obsługiwać klientów i siedzieć w tych samych salach co mężczyźni. To duża rewolucja. W mniejszych, bardziej tradycyjnych lokalach, szczególnie poza dużymi miastami, takie podziały wciąż jednak istnieją.
Saudyjki, które poznałam, były niezwykle życzliwe, uśmiechnięte. Niektóre świetnie mówiły po angielsku, inne znały tylko kilka słów. Ale zawsze były chętne, by pomóc, coś doradzić, podzielić się opowieścią o swoim kraju. Czasem zaczynały rozmowę w sklepie, innym razem na placu zabaw, pytając, skąd jestem, jak mi się podoba w Arabii, czy dzieci nie tęsknią za Polską. Zaskoczyło mnie, jak wiele z nich interesuje się życiem za granicą – modą, studiami, podróżami. Niektóre mówiły o tym, że chciałyby zwiedzić Europę, inne marzyły o studiach w USA albo w Wielkiej Brytanii.

Religia przenika tu każdy aspekt życia codziennego. Islam przejmuje całkowitą kontrolę
Arabia Saudyjska to kraj, w którym religia przenika każdy aspekt życia. To nie jest tylko kwestia wiary – to sposób organizacji całego dnia, tygodnia, a nawet roku. Najważniejszy jest piątek – dzień modlitw, zwany Jumu’ah. Przedpołudnie to czas, gdy większość sklepów, restauracji i urzędów jest zamknięta. Ulice pustoszeją, a mężczyźni w białych thobach ciągną całymi grupami w stronę meczetów. W powietrzu panuje cisza, przerywana tylko głosem muezina.
W tygodniu każdego dnia słychać wielokrotne wezwania do modlitwy. Rozbrzmiewają one z głośników na ulicach. Gdy tylko zaczyna się adhan, życie na chwilę zamiera. Sklepy zamykają się na 15-30 minut. W restauracjach kelnerzy przerywają obsługę. Na stacjach benzynowych pracownicy gaszą światła i chowają się do pomieszczeń socjalnych. To robi ogromne wrażenie – nagle całe tętniące życiem miasto cichnie. Przez pierwsze tygodnie nie mogłam się do tego przyzwyczaić. Zdarzało się, że stałam z dwójką dzieci przed zamkniętym sklepem, czekając, aż drzwi znów się otworzą.
W Arabii Saudyjskiej nie ma kościołów katolickich. Publiczne praktykowanie wiary innej niż islam jest zakazane. Oficjalnie nie można wwozić Biblii ani żadnych symboli religijnych, choć w praktyce cudzoziemcy często mają przy sobie łańcuszki z wizerunkiem Matki Boskiej, różańce czy Biblie – ważne, by nie okazywać ich publicznie.
Ciekawostką jest to, że praca policji religijnej znacznie się zmieniła w ostatnich latach. Osiem lat temu mutawa miała prawo podejść na ulicy i zwrócić uwagę kobiecie za nieodpowiedni strój, zbyt bliski kontakt z mężczyzną albo nawet zbyt głośny śmiech. Potrafili zatrzymać samochód, jeśli w środku siedziała para, co do postępowania której nie byli pewni. W Khobar zdarzyło mi się kilka razy widzieć ich w centrach handlowych, ale zawsze zachowywali się spokojnie. Od kilku lat ich władza jest znacznie ograniczona. Mutawa nie ma już prawa zatrzymywać ludzi ani wymuszać zachowań siłą. To ogromna zmiana, która dla wielu kobiet oznacza większą swobodę.
Ale jedno pozostaje stałe: w Arabii Saudyjskiej religia nie jest tylko prywatną sprawą. To fundament całej kultury, prawa i codziennego życia. Nawet jeśli wiele się zmienia, wciąż jest to kraj, w którym islam jest obecny w każdej godzinie dnia. I jeśli chce się tam mieszkać, trzeba to zaakceptować – albo przynajmniej nauczyć się z tym żyć.
Pogoda – słońce, piasek i oddech pustyni. Jedno słowo nasuwa się na usta… szok
Nie da się mówić o Arabii Saudyjskiej, nie wspominając o pogodzie. To ona wyznacza tu rytm życia – tak samo mocno jak religia. Pierwszy szok przeżyłam, gdy wysiadłam z samochodu na granicy z Bahrajnem. Gorące powietrze uderzyło mnie jak ściana. To było tak, jakby ktoś otworzył przede mną drzwi do nagrzanego piekarnika.
W Khobar lato trwa niemal pół roku. Temperatury potrafią sięgać 45, a nawet 50 stopni w cieniu. Sierpień to najtrudniejszy miesiąc – wtedy wiatr, zamiast chłodzić, jest jak rozpalona suszarka. Piasek unosi się w powietrzu, tworząc delikatną mgiełkę, przez którą słońce świeci jeszcze ostrzejszym blaskiem. To właśnie latem pojawiają się burze piaskowe – nie tak spektakularne jak na pustyni w środku kraju, ale wystarczające, by nie było czym oddychać. Kiedy przychodzi taka burza, niebo przybiera kolor żółtobrązowy, a drobinki piasku wchodzą dosłownie wszędzie – do włosów, oczu, mieszkania.
Od października robi się przyjemniej. Temperatury spadają do 25-30 stopni. To wtedy na promenadzie Corniche pojawia się najwięcej ludzi. Rodziny urządzają pikniki, dzieci bawią się na placach zabaw, a w powietrzu unosi się zapach grilla. Zimą, czyli od grudnia do lutego, bywa naprawdę przyjemnie – w ciągu dnia jest około 18-22 stopni, a noce potrafią być chłodne, czasem nawet poniżej 10 stopni. Wtedy Saudyjczycy zakładają grube kurtki i szale. Ja z kolei chodziłam w lekkiej bluzie, uśmiechając się pod nosem, że dla mnie to wciąż wiosna.
Deszcz w Arabii Saudyjskiej jest rzadkością. Jeśli pada, to najczęściej nagle i krótko. Pamiętam pierwszy deszcz, a właściwie ulewę w Khobar. Krople były wielkie jak monety. Ulice od razu zamieniały się w potoki, bo kanalizacja nie nadążała z odprowadzaniem wody. Dla Saudyjczyków deszcz to prawdziwa radość – dzieci wybiegają na zewnątrz, skaczą po kałużach, a dorośli robią zdjęcia i filmiki, jakby wydarzył się cud. Bo w pewnym sensie tak jest.
Jeśli ktoś pyta, kiedy najlepiej odwiedzić Khobar, odpowiadam bez wahania: od listopada do marca. Wtedy słońce wciąż świeci, ale da się oddychać, spacerować i zwiedzać. Latem to po prostu inny świat – świat klimatyzacji, cichych wnętrz centrów handlowych i życia przesuniętego na godziny nocne.
Dlaczego warto odwiedzić Khobar?
Bo to idealne miejsce, by zobaczyć nową twarz Arabii Saudyjskiej. Miejsce, w którym stare zasady powoli ustępują miejsca nowym. Gdzie tradycja spotyka się z nowoczesnością, a ludzie są otwarci i życzliwi. Bo choć wciąż obowiązuje tu wiele zasad, miasto daje poczucie, że kraj ten się zmienia – i że ta zmiana jest fascynująca.
Kiedy jechać? Najlepszy czas na wizytę to listopad–marzec. Latem temperatura potrafi sięgać 45-50°C, co utrudnia jakiekolwiek zwiedzanie.
Praktycznie:
- Do Khobar najłatwiej dotrzeć z Bahrajnu przez King Fahd Causeway (ok. 30 minut autem).
- Abaja dla cudzoziemek nie jest już obowiązkowa, ale zaleca się skromny strój.
- Alkohol jest nielegalny w całej Arabii Saudyjskiej.
- Mimo zmian wciąż obowiązuje wiele zasad kulturowych – warto się przygotować i czytać przed podróżą aktualne informacje.
Khobar to miejsce, które nauczyło mnie, że świat nigdy nie jest czarno-biały. Że można znaleźć piękno i spokój nawet tam, gdzie na początku widzi się tylko ograniczenia. I że Arabia Saudyjska to kraj, który dziś pisze swoją zupełnie nową historię.
Przy okazji polecamy zapoznać się z artykułami:
- Kuwejt – rok w kraju, który zmienił moje spojrzenie na życie (część I)
- Kuwejt – rok w kraju, który zmienił moje spojrzenie na życie (część II)
- Przyszłość religii – cz. 1: Obecna sytuacja
- Przyszłość religii – cz. 2: Widmo apokalipsy
© Źródło zdjęcia głównego: Canva.


